do tekstu
Marika Ciok (bibliotekarz):
Dzień Dobry!

Dziękuję, że zgodziła się Pani, abym przeprowadziła z Panią wywiad. Jestem zaszczycona mogąc z Panią porozmawiać. Nasi czytelnicy są pod ogromnym wrażeniem Pani twórczości. Wielokrotnie spotykam się z opiniami, że Pani książki nie tylko czyta się lekko, ale są przede wszystkim realistyczne. Napisała już Pani bardzo dużo dzieł, które cieszą się popularnością wśród czytelników. Dlatego też postanowiłam napisać do Pani w związku z wywiadem.

Pani Izo, czy na początek powie nam Pani coś o sobie? Czym się Pani zajmuje?

Izabella Frączyk: Dzień dobry, serdecznie dziękuję za zaproszenie. Prościej byłoby mi chyba napisać, czym się nie zajmuję, ale postaram się w skrócie :)

Z wykształcenia jestem ekonomistką. Mieszkam w Krakowie wraz z moim mężem oraz dwoma nastoletnimi córkami. Kocham czworonogi, zatem w naszym domu, pod nogami plączą się dwa czarne koty i  szalony pies Tornado. W wolnych chwilach hasam quadem po bezdrożach i jako niedoszły mechanik samochodowy remontuję zabytkową corvettę. Uwielbiam sporty zimowe oraz fitness. Piszę od 2009 roku.

Aktualnie, już po blisko dziesięciu latach, pisarstwo stało się moim jedynym zawodem. W pewnym momencie należało w końcu uznać hobby za pracę i na poważnie zająć się pisaniem, szczególnie że niewielu ma to szczęście, by móc naprawdę kochać swoje zajęcie. To wystarczający powód, a że najbardziej w życiu lubię pisać, gadać i jeździć samochodem, taka decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem. Do tego  jestem towarzyską domatorką, więc w tym zawodzie udaje mi się godzić ogień z wodą, ponieważ w domu się wyciszam, a akumulatory ładuję na spotkaniach z czytelnikami.  Z wyjazdów chętnie wracam do domu i zasiadam do pracy ze zdwojoną energią. Tak sobie myślę, że to pisarstwo było mi po prostu pisane :)

Marika Ciok: A jak zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem?

Izabella Frączyk: Często słyszę pytanie o to, jak to jest zmienić zawód. Tak totalnie i na amen. No właśnie nie wiem, bowiem w moim wypadku była to wypadkowa wielu sił. Ten proces zachodził stopniowo i sporo musiało się wydarzyć, zanim mi zaświtało, że mogłabym coś napisać. Głównie przyczyniła się do tego moja aktywność na internetowym forum,  gdzie regularnie spotykało się grono podobnych mi matek uziemionych w domu z małymi dziećmi. Nie mogłyśmy się nagadać. Pisząc. A ja jako patentowana gaduła, wreszcie znalazłam miejsce, gdzie mogłam się w tamtym czasie wykazać :) To właśnie tam zaczęłam opisywać autentyczne przygody mojego psa i właśnie tam usłyszałam, że powinnam pisać książki, bo nawet jak piszę o odkurzaczu, to się dobrze czyta. No i tak się zaczęło. Zasiane ziarno zaczęło kiełkować.

Marika Ciok: Czy kiedykolwiek napisała Pani książkę, która nie została wydana?

Izabella Frączyk: Nie mam takiej. Wszystko, co do tej pory napisałam doczekało się publikacji, choć jeden mój tytuł odleżał w szufladzie kilka lat. Mam na myśli powieść „Wszystko nie tak!”, która trafi na rynek jesienią tego roku. Jest to totalnie zwariowana komedia pomyłek. Uznaliśmy z wydawcą, że po wydaniu dwóch serii „Stajnia w Pieńkach” oraz „Śnieżna Grań” zaserwujemy czytelnikom coś dużo lżejszego. Mamy więc zatem porwanie, syndrom sztokholmski na wesoło, nieudolnego  porywacza, marnego detektywa oraz mnóstwo sytuacji z przymrużeniem oka. Jeżeli komuś przypadły do gustu moje dwie pierwsze powieści, z pewnością odnajdzie w tej historii tamten styl.

Marika Ciok: Jakie emocje towarzyszyły Pani przy wydaniu pierwszej książki?

Izabella Frączyk: Byłam przerażona i bynajmniej nie wspominam mile mojego debiutu. Nie znałam nikogo z branży i nikt  nie znał mnie. Pojawiłam się znikąd, wydałam książkę własnym sumptem i z dnia na dzień wylądowałam na rynku, którego zupełnie nie znałam. Chwila, gdy ujrzałam w Internecie pierwsze linki z moim nazwiskiem, była chyba jedną z gorszych w moim życiu. Po prostu dotarło wtedy do mnie, że właśnie coś się stało i już się nie odstanie. Musiało minąć kilka lat zanim się w tym odnalazłam. Dziś jest dużo łatwiej. Na portalach społecznościowych debiutant ma rzesze czytelników na wyciągnięcie ręki, tymczasem ja, wydając pierwszą powieść, nawet nie wiedziałam, że istnieje jakiś Facebook, a szczytem marzeń był artykuł w osiedlowej gazetce, który nawiasem mówiąc musiałam sama napisać, bo redaktor nie umiał :)

Marika Ciok: Dlaczego wybiera Pani właśnie taką tematykę swoich książek?

Izabella Frączyk: Ależ to nie ja wybieram tematykę. Ona wybiera się sama. Nieraz jest to najzwyklejsze tło świata, które każdy z nas zna, a kiedy indziej hotel, stacja narciarska lub stadnina.  Przy tych ostatnich temat się komplikuje, ponieważ by uczciwie pewne realia opisać, wcześniej samemu trzeba je dobrze poznać. Popisać głupoty i liczyć na to, że nikt się nie połapie, to marny wybór.

Choćby tylko do samej dylogii „Śnieżna Grań” przygotowywałam się merytorycznie przez dwa zimowe sezony. Prowadzenie nowoczesnego ośrodka narciarskiego to  wcale nie taka prosta sprawa. Tak samo stadnina, czy hodowla strusi. Ale to miłe wyzwania. Uwielbiam się uczyć nowych rzeczy. Niedawno, na potrzeby kolejnej książki zatrudniłam się na jakiś czas na stacji benzynowej (śmiech). Tam to dopiero było fajnie!

Marika Ciok: Czy w czasach szkolnych nauczyciele zauważali Pani talent pisarski?

Izabella Frączyk: Bynajmniej. Nie znosiłam pisać wypracowań, więc nie za bardzo z nich tchnęło talentem. Zwyczajnie nudziła mnie tematyka. Inaczej rzecz się miała przy wolnych tematach, bo tu lubiłam się rozpisać, ale jak wiadomo, w szkole to rzadkość, więc moje pisarstwo miało szansę objawić się dopiero, kiedy wkroczyłam w wiek średni. I do tego objawiło się przez przypadek. (śmiech)

Marika Ciok: Jakie książki posiada Pani w swojej domowej biblioteczce?

Izabella Frączyk: Nie jestem książkoholikiem. Nie mam eleganckiej biblioteczki. Książki są ustawione bez ładu i składu, a na półce stoją wszystkie możliwe gatunki literackie. Uwielbiam powieści sensacyjne, ale też nie pogardzę kryminałem, czy dobrym obyczajem. Czasem nawet i jakiś amerykański romans się trafi. Posiadam również mnóstwo książek autorstwa moich koleżanek po fachu. To efekt naszych regularnych książkowych wymian.

Marika Ciok: Jacy pisarze Panią inspirują?

Izabella Frączyk: Niezmiennie, od lat Tadeusz Dołęga-Mostowicz.

Marika Ciok: Czy podczas pisania ma Pani jakiś rytuał? Na przykład picie kawy czy muzyka?

Izabella Frączyk: Zdecydowanie kawa. No i jeszcze muszę mieć umytą podłogę w kuchni (śmiech)

Marika Ciok: Czy jest Pani jak malarz, który nie pozwala nikomu spojrzeć na swoje dzieło dopóki nie zostanie skończone? Czy może jednak podsuwa Pani szkic swoim bliskim?

Izabella Frączyk: Moje książki powstają bez planu. Nie mam konspektu ani nawet zarysu fabuły. Nie robię notatek. Po prostu mam pomysł na bohatera, ewentualnie na tło dla akcji. Ponieważ nigdy nie wiem, co mi wyjdzie, więc mniej więcej w połowie wysyłam tekst mojemu wydawcy i czekam na błogosławieństwo do dalszej pracy. Często czytam mężowi wyrwane z kontekstu, zabawne fragmenty. Czasem kawałeczek tekstu publikuję w fanklubie. Nie jestem nadmiernie przesądna i jak ktoś ma ochotę przeczytać, to czemu nie?

Marika Ciok: Gdy wydała Pani po raz pierwszy swoją książkę, to wyszukiwała Pani w Internecie recenzji na jej temat?

Izabella Frączyk: Jeszcze przed wydaniem postanowiłam tego nie robić i właściwie do dziś, recenzje czytuję sporadycznie. Wychodząc z założenia, że nie ma na świecie takiej rzeczy, która podobałaby się wszystkim, a wszystkim dogodzić się nie da, po prostu należy przejść nad tym do porządku dziennego. Poza tym, najcenniejsze są opinie merytoryczne, a tych jest naprawdę niewiele. Bo czymże dla autora jest recenzja, że książka się recenzentowi nie podoba? Do tego recenzja napisana niechlujnie, niejednokrotnie z błędami, absolutnie nie powinna psuć nikomu humoru.

 Marika Ciok: Czy miewa Pani tak, że gdy przechodzi Pani na ulicy to ludzie Panią rozpoznają?

Izabella Frączyk: Bywa, ale takie sytuacje nie zdarzają się zbyt często, a  jak już, to zwykle w takich momentach, w jakich byśmy tego nie chcieli (śmiech). Niedawno kupowałam w sklepie bieliznę dla córek. Bardzo mi się śpieszyło i chyba było to widać, bo pewne miłe małżeństwo przepuściło mnie w kolejce do kasy. Po powrocie do domu odebrałam wiadomość z mojej strony www, czy ja to ta pani, która kupowała młodzieżowe staniki i się jej spieszyło przy kasie (śmiech).

To bardzo miłe, ale uważam, że nadmierna rozpoznawalność na dłuższą metę może być męcząca. Dobrze, że pisarze mają tutaj  względny spokój.

Marika Ciok: Na jakich portalach społecznościowych można Panią znaleźć?

Izabella Frączyk: Cóż, w dzisiejszej rzeczywistości Internet to obowiązek dla pisarza, zatem na moje profile można natknąć się w wielu miejscach. Oprócz Facbooka’a, gdzie funkcjonuje mój oficjalny fanpage (Iza Frączyk- strona autorska), grupa fanklubu (Fani Powieści Izabelli Frączyk) i moje konto osobiste, udzielam się również na blogu Świeżo Napisane. Mam  także profile na Google+, Twitterze oraz Instagramie. Na tym ostatnim, od niedawna można znaleźć też konto osobiste mojego kota Ciumka, ale ostatnio się leń słabo udziela (śmiech)

Marika Ciok: Co doradziła by Pani osobie, która zaczyna pisać książki?

Izabella Frączyk: Doradziłabym, aby usiadła i napisała. Tak po prostu. Wiem, że niełatwo jest zacząć. Sama długo się do tego zbierałam, dojrzewałam. Nie mogłam wystartować, choć bardzo chciałam. Nie miałam odwagi. Doszło  nawet do tego, że jak kiedyś nowy znajomy mnie zapytał, czym się zajmuję, odpowiedziałam mu, że piszę książki. „O, poważnie? A co napisałaś?”- zapytał, a ja mu na to, że jeszcze nic (śmiech).

Nie ma się czego bać. Komputer nie gryzie. Czytelnicy też nie.

Marika Ciok: Pani Izo dziękuję jeszcze raz za możliwość przeprowadzenia wywiadu :)

Izabella Frączyk: Ja również dziękuję i korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników ze Słupska <3