okładka książki "My" Nicolsa

O rozpadzie małżeństwa z humorem pisać potrafią chyba tylko Brytyjczycy. Mieszkańcy Wysp znani z dystansu do siebie potrafią przekłuwać balon napompowanego ego. Nic zatem dziwnego, że nowa książka Davida Nicollsa „My”, autora bestsellerowego „Jednego dnia”, jest ironiczna, a zarazem wyrozumiała dla ludzkich słabości.

Skrząca się dowcipem powieść mówi o trzydziestoletnim związku, który niespodziewanie dla biochemika Douglasa Petersena dobiega końca. Tak długi staż może zaskakiwać w czasach seryjnej monogamii, jednak małżeństwo to nie bułka z masłem, ani też piekło, o czym zdaje się zapominamy karmieni romansami i melodramatami. Zwykle widzimy zakochaną parę, która pokonuje przeszkody, by być razem i żyje długo i szczęśliwie, albo ludzi, którzy nie potrafią już ze sobą wytrzymać. Co było pomiędzy? O tym właśnie pisze Nicolls z perspektywy bohatera - introwertycznego pięćdziesięciolatka. Douglas, który „siada, żeby włożyć skarpetki, trzeszczy przy wstawaniu i co, denerwujące, zaczyna zdawać sobie sprawę z obecności prostaty, ściśniętej pośladkami jak orzech włoski” ciągle kocha swoją żonę Connie. Ta jednak budzi go w środku nocy i oświadcza, że „jeśli odejdzie być może będzie szczęśliwsza, a jej przyszłość pełniejsza i bogatsza”.

Douglas nie poddaje się - zabiera żonę i nastoletniego syna w podróż po najważniejszych galeriach sztuki europejskiej. Podczas wakacji życia chce naprawić, to co psuło się przez lata. Zadania nie ułatwia mu ani Connie, zdecydowana pójść własną ścieżką, ani syn Albie, z którym ojciec nie potrafi stworzyć głębszej więzi. Gdy chłopak ucieka z uliczną performerką Kat, Douglas rzuca się za nimi w pościg po Włoszech i Hiszpanii. Życie pięćdziesięciolatka wywraca się do góry nogami – Douglas gubi dokumenty i pieniądze, w morzu dopadają go meduzy, a nawet ląduje we włoskim areszcie.

W ciągu chaotycznych wydarzeń mężczyzna zaczyna poznawać prawdę. Poznajemy całą historię związku – od pierwszego spotkania, kiedy to Doug o mało co nie pobił rywala - punkowego cyrkowca, przez beztroskie życie w ciasnym londyńskim mieszkanku, zdradę, rozpacz po śmierci pierwszego dziecka, szczęśliwe urodziny Albiego i długie lata powolnego odsuwania się małżonków od siebie.

Rzadko spotyka się powieści przenikliwie, a jednocześnie ciepło opowiadające o związkach. Kochać to niekoniecznie znaczy być razem, zwłaszcza, gdy czas bezwzględnie obnaża, jak różni są ludzie, i że jest granica dbania o dobro partnera, kosztem tłumienia własnych potrzeb. W przekonująco prowadzonym wątku zgrzyta jednak wyraźna typizacja głównych bohaterów – ona jest chaotyczną, kreatywną, zwariowaną malarką prowadzącą aktywne towarzyskie życie, on – zamkniętym w sobie, sztywnym naukowcem bez wyobraźni. Nie dość, że to zgrany schemat to jeszcze na dodatek nieprawdziwy, bo nikt nie jest tak jednoznaczny.

Plusem książki jest przemycana wiedza o artystach i dziełach sztuki oraz trafne i niewesołe spostrzeżenia obyczajowe. Nicolls dostrzega, że media społecznościowe „to świat,  w którym ocenia się dosłownie wszystko, łącznie z atrakcyjnością seksualną zupełnie obcych ludzi, i w którym nikt nie zatrzymuje dla siebie ani jednej myśli”. Pisarz potwierdza to, co już wiemy, że klasa średnia skazana jest na zagładę, a robotnicza popada w nędzę.  „Globalizacja i technologia zdążyły już skutecznie przetrzebić dotychczas bezpieczne zawody. Internet pracy nikomu nie da, więc, gdzie podzieją się ci z klasy średniej, skoro dwunastu ludzi może kierować gigantyczną korporacją?”.

Ewa Konarzewska-Michalak