okładka słodko-gorzki smak emigracji Jewsiejewej

Słodko-gorzki smak emigracji to książka, która wkurza. Dlatego, że kipi emocjami, które nie znajdują ujścia.  Ale to taki rodzaj wkurzenia, dla którego warto po książkę Tatiany Jewsiejewej sięgnąć.

Rozumiem autorkę, bo to w końcu opowieść o jej własnej intymności, o być może najtrudniejszych latach w życiu, a także o prawdziwych historiach ludzi, z którymi wiążą ją więzy przyjaźni.

Ale z drugiej strony chciałoby się, żeby te świetne obserwacje obyczajowe zostały opisane do końca, żebyśmy nie musieli tylko domyślać się łez przelanych w samotności, warg pogryzionych w bezsilnej złości, złamanych serc.

Emocjonalnej ekspresji nie służy też forma - powściągliwa, pamiętnikowa narracja przeplatana cytatami z podręczników psychologii, co w rezultacie daje formę ni to memuarów, ni to quasi przewodnika.

Główny nurt narracji ogniskuje się wokół zabiegów kilkunastoletniej  dziewczyny z Krasnojarska, aby odnaleźć się w wymarzonej Polsce, najpierw jako studentka, a potem jako absolwentka, która nie ma już powodu, by przedłużać swój pobyt w kraju nad Wisłą. Tak się jednak składa, że polskie korzenie i miłość do Wrocławia sprawiają, że autorka ani myśli wracać na rodzinną Syberię. I tu zaczynają się schody, bo nawet jeśli masz polskie pochodzenie, to nie tak łatwo uzyskać obywatelstwo.

Wiodąca opowieść niczym drogimi kamieniami inkrustowana jest historiami przyjaciół i znajomych autorki, również imigrantów z rozmaitych zakątków naszego globu. Opowieści te nie tylko budują przekonujące tło obyczajowe, ale dopełniają historię głównej bohaterki.

Drugą rzeczą, która podczas lektury książki Jewsiejewej denerwuje to mentorski ton, jaki przyjmuje ona w drugiej części. Jeśli przezroczysty styl na początku tylko wzmaga apetyt, to odautorskie komentarze, szczególnie w części poświęconej pobytowi w Niemczech powodują, ze opowieść zatraca bezstronny charakter.

Słodko-gorzki smak emigracji to książka ważna dzisiaj, w czasie dyskusji o imigracji, bo pokazuje problem od strony człowieka, który porzuca świat, jaki zna, aby próbować odnaleźć szczęście w nowej, nieznanej społeczności, z nieprzyjaznymi przepisami, korowodem formalności, społeczną niechęcią manifestującą się na rozmaite sposoby - od uprzejmego zdziwienia, po upokarzające komentarze.

Trzecie wkurzenie ogarnęło mnie, gdy pomyślałem sobie, jak dobra mogłaby być opowieść Jewsiejewej, jeśli nie wtłaczać jej w pseudo obiektywną formę, gdyby uwolnić te wszystkie kipiące uczucia, radości i dramaty, pozwolić im rozwijać się w klasyczną historię miłosną, zapis depresji, obyczajowe pasmo sukcesów i porażek. Jestem przekonany, że taką opowieść czytałoby się, jak Amerikaanę Chimamandy Ngozi Adichie. Że powstałaby powieść, pokazująca nam Polskę, która ma swoich Czarnych. Powieść, która miałaby szansę zmienić myślenie o nas samych. Zwłaszcza, że porównania losów Tatiany i Ifimelu nasuwają się same - te same próby zgubienia akcentu, ta sama protekcjonalność rdzennych mieszkańców, problemy ze znalezieniem miłości, odpowiedniej pracy, kłopoty mieszkaniowe itp.

Słodko-gorzki smak emigracji Tatiany Jewsiejewej to książka, która wkurza. I bardzo dobrze. W zalewie tandetnych, nieważnych historii jest to opowieść istotna dla narodu, z którego co i rusz emigrują miliony ludzi.

Dla nas, którzy zostaliśmy to zapis zmagań, jakie codziennie muszą podejmować nasi rodacy w Niemczech, Wielkiej Brytanii, czy Irlandii, ale także obraz życia, jakie czeka tysiące Rosjan, Ukraińców, czy Wietnamczyków, którzy decydują się ułożyć sobie życie w naszej ojczyźnie. To książka, którą warto znać.